No. To już po Świętach, po Sylwestrze nawet. Nowy rok się zaczął... hucznie może nawet... ale mi tak jakoś chyba niewyraźnie...
Chyba najbardziej lubię czas wyczekiwania na wyjazd do rodziny. Potem odwiedziny, powitania, opowiadania, wąchanie siebie i smakowanie od nowa... Tylko, po kilku dniach tęsknię do Warszawki... wariatka pewnie ;) ale to w niej mamy swój DOM. Nasze takie małe gniazdko i po prostu tęsknię... A w Warszawie tęsknię do morza :) Właśnie...
Byłam, widziałam, wąchałam i smakowałam jak K. nie patrzył :) Cóż ja poradzę że tak kocham nasz ten mało słony Bałtyk. Mówią, że mały, brudny, zimny, jak kałuża. Ale mój i już.
A dla tych, co myślą jak ja zdjątko ;)
No, a teraz o Nowym... Mam postanowienie - nie robić postanowień. Bo jak zacznę podsumowywać, to mi wyjdzie... szydło, że nic... No więc tym razem żadnych postanowień. Ale zdradzę, że w końcu postanowiłam ;) wykończyć kuchnię i przedpokój... Ale innych postanowień nie mam - albo inaczej, są ale nie wyznaczam sobie czasoprzestrzeni na realizację. Ale asekuracja :)
A na deserek zdjęcie morsów, którzy się spotkali w Święta w Ustce i pławili. Brrr, jeszcze mi zimno. Najmłodszy miał chyba jakieś 9-10 lat. A jak wychodzili z wody, nie mieli sinych ust - czekałam i sprawdzałam. SZOK. Gratuluję im odwagi.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
0 komentarze:
Prześlij komentarz