Jednym z moich ulubionych kierunków w malarstwie poza impresjonizmem jest surrealizm. Jakiś czas temu wpadłam na pomysł scrapowania prac niektórych malarzy. Dziś na tapecie był/ jest Dali ze swoimi "płynącymi zegarami" Tworzy się Siudmak i Yerrka. A może ktoś się chce przyłączyć do zabawy?
 

 




  

i karta, na zakładkę (z inspiracji pracami Mirabeel)



 

Na zlecenie, mam nadzieję, że będą sie podobały.
 



A na koniec Kot,  który pieknie pozował przy mojej gitarze.


Normalnie oczy wyszły mi z orbit :) może mi sie poszczęści :) przepiękne ćwieki do wylosowania
 

Wczoraj K. zrobił mi olbrzymią niespodziankę :) Przyniósł do domu trzy ogromne słoneczniki. Ależ mnie zaskoczył!
Zaskoczenie było tym większe, gdy okazało się, że nie mam w co ich wstawić (mam tu na myśli odpowiedni wazon) Musiałam więc je mocno skrócić :( ale dzięki temu stoją w salonie, na stole, który jest już mocno pokiereszowany i wygląda jakby był wiecznie brudny :)
Uwielbiam takie niespodzianki :)
 

Pojawiał się nie wiadomo skąd. Tak po prostu. Szedł zgarbiony popychając przed sobą stary, dziecinny wózeczek, na którym składał „potrzebne” rzeczy. Czasem były to deski, stare pudła, szmaty. Po prosu rupiecie. Malutki, brudny człowieczek. Trochę przygarbiony, uśmiechający się do swoich myśli.

Zastanawiam się co on robi z tymi wszystkimi skarbami. Czasem mu zazdroszczę. Ten człowiek jest wolny. Nie ma gdzie mieszkać, w co się ubierać, co zjeść a on jest ponad to. W ogóle się nie przejmuje. Zauważyłam, że gdy się pojawia świat pięknieje. Przynajmniej w moich oczach. Ciekawe, prawda ?

Na przykład w środę. Niby było ciepło, słońce, ptaszki i motylki, ale ja nie miałam na to czasu. Zupełnie zapomniałam o otoczeniu. Potem pojawił się on. Niczym buddyjski mędrzec spokojnie sunął przed siebie drobnymi kroczkami i popychając wózeczek mruczał pod nosem do siebie jakieś słowa. Gdy go widzę mam wrażenie, że życie zwalnia obroty. Próbowałam dosłyszeć o czym mruczy, ale brzmiało to jak gaworzenie małego dziecka albo jak zaklęcia.

Jego osoba coraz bardziej mnie fascynowała.

Zaczęłam wypatrywać go na ulicach. Parę razy próbowałam go śledzić, ale on łaził bez celu po wszystkich ulicach miasta zbierając odpadki. Poświęciłam mu kilka dni. Gdy ściemniało się pełna nadziei czekałam, aż skieruje się gdzieś na nocleg. Przecież musiał spać. A on z uporem maniaka dalej biegł po mieście, jakby był supermenem albo czymś innym, co nie musi spać. Kilka razy tak się załatwiłam próbując odkryć jego tajemnicę.

Ale odkryłam, że w tym szaleństwie jest metoda.

Zawsze lubiłam pająki. Obserwowałam jak budowały swoje sieci, jak czekały na obiadek.

On przypominał pająka. Ta jego nieustanna krzątanina przypominała przędzenie sieci, rozpinał ją na wszystkich ulicach miasta.
Wczoraj znowu go spotkałam. Gdy mnie mijał znienacka spojrzał w moje oczy. On wie. Jestem tego pewna. Poczułam biegnący wzdłuż kręgosłupa dreszcz strachu. Chyba wiem, kto będzie jego kolejną ofiarą.

czy jakoś tak to się mówi :)
W środę odbyły się pierwsze zajęcia. Rany, jak ja się bałam, że nikt nie przyjdzie albo, że nudno będzie, albo za trudno. A tu wielka niespodzianka. Dzieciaczki przyszły, poradziły sobie całkiem nieźle, a jak zabawa przy tym była :) Pokazałam maluchom, w jaki sposób mogą same zrobić sobie papier, który potem mogą używać do robienia kartek, laurek itd. Pokazałam kilka prac, żeby wytłumaczyć, czego się będziemy uczyć, bo nazwa scrapbooking niekoniecznie jest popularna, zwłaszcza wśród dzieci :)
Prawie wszystkie steple, tusze i punczery były w obiegu :) A za tydzień... porwiemy się na zkładkę. Zobaczymy co na wyjdzie. Jestem pełna optymizmu i pozytywnej energii, bo takie spotkania zawsze są mocno wyczerpujące ale i energetyzujące - uwielbiam taką  pracę z dziećmi. Szkoda, że Młody woli roboty od plastyki...

Po wakacyjnej przerwie wracamy do zajęć z dziećmi. Ale w nieco odmienionej formie, ponieważ tym razem postanowiliśmy zamiast klasycznych zajęć plastycznych umożliwić dzieciom poznanie... scrapbookingu. Wielkie wyzwanie stoi przede mną, mam nadzieję, że podołam :) i uda mi się zarazić maluchy moją pasją i właściwie im przekazać posiadaną wiedzę.
 

Komentarz zbędny :) Obraz kiedyś już prezentowałam, ale teraz został powieszony na specjalnie dla niego pomalowanej ścianie. Pozostałe ściany są w zimnym, jasnym odcieniu różu. Dzięki tej żywszej ścianie udało mi się ocieplić pokój :) teraz pozostało mi już tylko poustawiać książki na wielkim regale (pod sam sufit) i może już dziś będę spała w starym/nowym pokoju. Uwielbiam nowe aranże - K. nieco mniej :) Do zabawy pozostał mi jeszcze przedpokój i salon, ale o ile w pierwszym nie bardzo można poszaleć o tyle w drugim K. nie chce się zgodzić na moje awangardowe propozycje. Ma być żółty i basta... tak jak teraz. Udało mi się więc wybłagać inny odcień tej żółci i zmienię ścianę, która w chwili obecnej jest pomarańczowa na... jakąś cappuccino - jeszcze nie wiem, ale musi pasować do żółtego i Klimta, którego dostałam od mamy.
No, to sobie popisałam ;)
 

Ponieważ cały czas staram się udowodnić, że scrap to nie tylko albumy i kartki ale również sztuka użytkowa, wczoraj natchniona (pewnie od oparów farby w domu) popełniłam takie oto rameczki na zdjęcia. Całe szczęście, że mój warsztacik mam w sklepie, bo w domu nadal masakra. Ale prawdopodobnie dziś uda mi się zrobić zdjęcie... ściany nad którą od kilku dni pracuję. Musi być specjalna, bo zawiśnie na niej obraz mojej mamy. K. już się pogodził z myślą, ze będzie spał w różowej sypialni ;) Ale róż to przecież piękny kolor...