A teraz mniej radosne informacje/ ogłoszenie. We wsi obok naszej rodziny okociła się kotka. Kociaki wczoraj miały jakieś 3-4 dni i miały zostać... zamordowane. Ponegocjowałam trochę i mam po mnie wrócić za dwa tygodnie. Do tego czasu będą miały prawie 3 tygodnie. Szukam dla nich domu. W chwili obecnej są cztery - mam nadzieję, że przetrwają wszystkie. Poniżej kilka fotek - mama była na polowaniu więc nie protestowała, a ja starałam się szybko skończyć sesję...
Mam nadzieję że uda mi się dla nich znaleźć dom - ja niestety nie mogą - mam psa i kota i alergię, a podejrzewam, że dwa koty to będzie za dużo nawet dla mojego nosa...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piórem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piórem. Pokaż wszystkie posty
Taaa, w miniony weekend byliśmy u rodziny na wsi. Miło było bardzo, pogoda dopisała. A teraz o wodzie. Niedaleko domostwa płynie rzeka - niewielka, ale nawet ona potrafi wylać. Na szczęście domy stoją na tyle daleko, że wylewy nie czynią większych szkód. W tym roku rozlewisko jest o wiele większe niż w latach poprzednich. Dość, że utworzyły się piękne widoki. Ale najbardziej z wody cieszył się Maks. Przy okazji - jakiś czas temu dowiedziałam się, że goldeny nurkują. Nigdy nie udało mi się tego uwiecznić aparatem - do wczoraj ;)
Woda! Woda! Czuję wodę!
No wyłaź, co za niedobry korzeń!
A może upoluję jakąś żabę? Pańcia się ucieszy!
Jeszcze trochę popływam...
A tu pozostałe widoki ;)
Pomiędzy różnymi zajęciami jak zwykle piszę... Może to grafomaństwo?
Kawałek, który zaraz tu wkleję wysłałam na konkurs 1000 znaków (można było mieć niewielkie wahnięcie). Zaszczytne trzy miejsca przypadły innym :) Tak czy inaczej, jest to tylko fragment, całość będzie dłuższa i mam nadzieję interesująca. Ciekawe, czy się komuś poza mną spodoba?
Pełne nagany spojrzenie Wita po raz kolejny wędrowało ode mnie na leżące na podłodze ciało.
- Nie mogłam się mu oprzeć. Pachniał tak... kusząco – powiedziałam tonem lekkiego usprawiedliwienia oblizując dokładnie palce.
- Zobaczysz, w końcu ktoś się w tym połapie i zaczną na nas polować. Trina, musisz w końcu nauczyć się nad sobą panować, bo ściągniesz na nas nieszczęście. - Wit pochylił się nad martwym chłopakiem i zamknął jego oczy. - Posprzątaj tu. - Rzucając mi mokrą ścierkę wyszedł z domu zarzucając sobie truchło na ramię. Zła, że przerwano mi dobrą zabawę zaczęłam usuwać z podłogi plamy krwi. Woda w wiadrze miała brzydki brudnoczerwony kolor. Pochyliłam się nad nią i trwając w bezruchu obserwowałam ustępującą powoli krwawą pianę.
- Ostatni raz sprzątam po tobie. - Stanął nade mną. - Jeśli jeszcze raz nakryję cię jak się bawisz jedzeniem, ukarzę cię.
- Naprawdę? - Spojrzałam na niego z udawanym rozbawieniem, pod którym ukryłam złość i strach. Wit przyglądał mi się nieruchomymi oczyma. - Jak?
Nie mam pojęcia, jak i skąd w jego rękach z powrotem znalazł się martwy chłopak. Patrzyłam jak Wit odrywa jego głowę od reszty ciała. Cała zawartość mojego żołądka podjechała do góry.
- Na przykład tak. Albo wymyślę coś innego. - Przez chwilę przyglądał mi się z zadowoleniem. Niczym piłkę, rzucił mi głowę. Odruchowo ją złapałam. Zwymiotowałam do wiadra.
- Ogarnij się. Wampiry nie rzygają.
Kawałek, który zaraz tu wkleję wysłałam na konkurs 1000 znaków (można było mieć niewielkie wahnięcie). Zaszczytne trzy miejsca przypadły innym :) Tak czy inaczej, jest to tylko fragment, całość będzie dłuższa i mam nadzieję interesująca. Ciekawe, czy się komuś poza mną spodoba?
Pełne nagany spojrzenie Wita po raz kolejny wędrowało ode mnie na leżące na podłodze ciało.
- Nie mogłam się mu oprzeć. Pachniał tak... kusząco – powiedziałam tonem lekkiego usprawiedliwienia oblizując dokładnie palce.
- Zobaczysz, w końcu ktoś się w tym połapie i zaczną na nas polować. Trina, musisz w końcu nauczyć się nad sobą panować, bo ściągniesz na nas nieszczęście. - Wit pochylił się nad martwym chłopakiem i zamknął jego oczy. - Posprzątaj tu. - Rzucając mi mokrą ścierkę wyszedł z domu zarzucając sobie truchło na ramię. Zła, że przerwano mi dobrą zabawę zaczęłam usuwać z podłogi plamy krwi. Woda w wiadrze miała brzydki brudnoczerwony kolor. Pochyliłam się nad nią i trwając w bezruchu obserwowałam ustępującą powoli krwawą pianę.
- Ostatni raz sprzątam po tobie. - Stanął nade mną. - Jeśli jeszcze raz nakryję cię jak się bawisz jedzeniem, ukarzę cię.
- Naprawdę? - Spojrzałam na niego z udawanym rozbawieniem, pod którym ukryłam złość i strach. Wit przyglądał mi się nieruchomymi oczyma. - Jak?
Nie mam pojęcia, jak i skąd w jego rękach z powrotem znalazł się martwy chłopak. Patrzyłam jak Wit odrywa jego głowę od reszty ciała. Cała zawartość mojego żołądka podjechała do góry.
- Na przykład tak. Albo wymyślę coś innego. - Przez chwilę przyglądał mi się z zadowoleniem. Niczym piłkę, rzucił mi głowę. Odruchowo ją złapałam. Zwymiotowałam do wiadra.
- Ogarnij się. Wampiry nie rzygają.
Pojawiał się nie wiadomo skąd. Tak po prostu. Szedł zgarbiony popychając przed sobą stary, dziecinny wózeczek, na którym składał „potrzebne” rzeczy. Czasem były to deski, stare pudła, szmaty. Po prosu rupiecie. Malutki, brudny człowieczek. Trochę przygarbiony, uśmiechający się do swoich myśli.
Zastanawiam się co on robi z tymi wszystkimi skarbami. Czasem mu zazdroszczę. Ten człowiek jest wolny. Nie ma gdzie mieszkać, w co się ubierać, co zjeść a on jest ponad to. W ogóle się nie przejmuje. Zauważyłam, że gdy się pojawia świat pięknieje. Przynajmniej w moich oczach. Ciekawe, prawda ?
Na przykład w środę. Niby było ciepło, słońce, ptaszki i motylki, ale ja nie miałam na to czasu. Zupełnie zapomniałam o otoczeniu. Potem pojawił się on. Niczym buddyjski mędrzec spokojnie sunął przed siebie drobnymi kroczkami i popychając wózeczek mruczał pod nosem do siebie jakieś słowa. Gdy go widzę mam wrażenie, że życie zwalnia obroty. Próbowałam dosłyszeć o czym mruczy, ale brzmiało to jak gaworzenie małego dziecka albo jak zaklęcia.
Jego osoba coraz bardziej mnie fascynowała.
Zaczęłam wypatrywać go na ulicach. Parę razy próbowałam go śledzić, ale on łaził bez celu po wszystkich ulicach miasta zbierając odpadki. Poświęciłam mu kilka dni. Gdy ściemniało się pełna nadziei czekałam, aż skieruje się gdzieś na nocleg. Przecież musiał spać. A on z uporem maniaka dalej biegł po mieście, jakby był supermenem albo czymś innym, co nie musi spać. Kilka razy tak się załatwiłam próbując odkryć jego tajemnicę.
Ale odkryłam, że w tym szaleństwie jest metoda.
Zawsze lubiłam pająki. Obserwowałam jak budowały swoje sieci, jak czekały na obiadek.
On przypominał pająka. Ta jego nieustanna krzątanina przypominała przędzenie sieci, rozpinał ją na wszystkich ulicach miasta.
Wczoraj znowu go spotkałam. Gdy mnie mijał znienacka spojrzał w moje oczy. On wie. Jestem tego pewna. Poczułam biegnący wzdłuż kręgosłupa dreszcz strachu. Chyba wiem, kto będzie jego kolejną ofiarą.
Zastanawiam się co on robi z tymi wszystkimi skarbami. Czasem mu zazdroszczę. Ten człowiek jest wolny. Nie ma gdzie mieszkać, w co się ubierać, co zjeść a on jest ponad to. W ogóle się nie przejmuje. Zauważyłam, że gdy się pojawia świat pięknieje. Przynajmniej w moich oczach. Ciekawe, prawda ?
Na przykład w środę. Niby było ciepło, słońce, ptaszki i motylki, ale ja nie miałam na to czasu. Zupełnie zapomniałam o otoczeniu. Potem pojawił się on. Niczym buddyjski mędrzec spokojnie sunął przed siebie drobnymi kroczkami i popychając wózeczek mruczał pod nosem do siebie jakieś słowa. Gdy go widzę mam wrażenie, że życie zwalnia obroty. Próbowałam dosłyszeć o czym mruczy, ale brzmiało to jak gaworzenie małego dziecka albo jak zaklęcia.
Jego osoba coraz bardziej mnie fascynowała.
Zaczęłam wypatrywać go na ulicach. Parę razy próbowałam go śledzić, ale on łaził bez celu po wszystkich ulicach miasta zbierając odpadki. Poświęciłam mu kilka dni. Gdy ściemniało się pełna nadziei czekałam, aż skieruje się gdzieś na nocleg. Przecież musiał spać. A on z uporem maniaka dalej biegł po mieście, jakby był supermenem albo czymś innym, co nie musi spać. Kilka razy tak się załatwiłam próbując odkryć jego tajemnicę.
Ale odkryłam, że w tym szaleństwie jest metoda.
Zawsze lubiłam pająki. Obserwowałam jak budowały swoje sieci, jak czekały na obiadek.
On przypominał pająka. Ta jego nieustanna krzątanina przypominała przędzenie sieci, rozpinał ją na wszystkich ulicach miasta.
Wczoraj znowu go spotkałam. Gdy mnie mijał znienacka spojrzał w moje oczy. On wie. Jestem tego pewna. Poczułam biegnący wzdłuż kręgosłupa dreszcz strachu. Chyba wiem, kto będzie jego kolejną ofiarą.
Godzina 17 : 43
Za oknem padał deszcz. Starzy mówili, że to pierwszy deszcz w ich życiu. Podobno w starożytnych czasach było to coś normalnego. Wszyscy mieszkańcy wioski wylegli przed swoje domostwa, żeby zobaczyć płaczące niebo na własne oczy. Dzieci jak szalone biegały wkoło, głośno krzycząc i śmiejąc się. Prawie każdy próbował złapać ustami choć jedną kroplę wody. Po chwili deszcz ustał. Ludzie postali jeszcze chwilę, lecz wkrótce zaczęli wracać do swych obowiązków.
Godzina 2 : 17
Obudził ją czyjś krzyk. To był krzyk z rodzaju „zobaczyłam trupa, ale on się rusza”. Aneta myślała, że to może ktoś sobie robi jakieś nocne jaja, ale wrzask nie ustawał, a wręcz przeciwnie wzmagał się. Zrezygnowana wstała. Próbując zlokalizować miejsce z którego dobiegały wrzaski, ubrała się nieco ... bardziej. Złapała leżący nieopodal aparat foto i ostrożnie opuściła hotelowy room.
Na korytarzu było spokojnie, jak dla Anety za bardzo. Przecież ten krzyk musiał jeszcze kogoś obudzić. Goście pewnie się bali. Właściwie wcale im się nie dziwiła. Ciekawość pierwszym stopniem do piekła. W pewnej chwili światło zgasło, a krzyk przeszedł w zduszone rzężenie i po chwili całkiem ustał. Na całe szczęście dotarła już pod drzwi zza których, jak jej się wydawało dochodził. Drzwi były uchylone. Cicho wsunęła się za nie. Pokój był pusty, jeśli nie liczyć stojących w nim sprzętów. Coraz bardziej zaciekawiona, postanowiła mimo wszystko poszukać źródła krzyku.
Godzina 8 : 45
Codziennie rano, przed wyjściem do pracy Paweł lubił zapoznać się z prasą. Tym razem „Okno” na pierwszej stronie umieściło zdjęcie zalanego deszczem Miasta. Uczeni zastanawiali się co spowodowało opady. Przecież nad Miastem rozciągnięta jest kopuła, która jak do tej pory broniła dostępu wody. Paweł należał do tego rodzaju ludzi, których nic nie jest w stanie zdziwić, więc teraz tylko wzruszywszy ramionami spojrzał na sąsiednią stronę.„(...) ciała do tej pory nie udało się zidentyfikować. W ręku ofiary znaleziono aparat fotograficzny, w którym znaleziono film. Może po wywołaniu okaże się, że morderca ma jakieś zdjęcie.” Starannie złożywszy gazetę Paweł udał się do szpitala.
Godzina 10 : 12
Na ulice Miasta licznie wylegli ludzie. Na ustach każdego pojawiły się bąble. Kolejki do szpitali i przychodni były nieskończenie długie. Właściwie bąble nie dokuczały nikomu. Swoją obecnością psuły tylko estetyczny wygląd mieszkańców. Nikt nie narzekał na powolność służby zdrowia.
Godzina 11 : 15
Monika była wyjątkiem. Lekarze od razu umieścili ją w izolatce. Pobrano próbki z każdego bąbla, jaki znaleziono na jej ciele. Właściwie należałoby powiedzieć, że pielęgniarki musiały szukać wolnego od narośli skrawka skóry.
Godzina 12 : 10
Paweł zaczynał właśnie swój obchód. Od razu zainteresował się tym niezwykłym przypadkiem. Monika zapierała się, że niczym się nie poparzyła, że nie jest na nic uczulona. Jej ciało wyglądało tak, jakby powoli zaczęło się rozpuszczać. Żadne lekarstwa nie były w stanie zatrzymać rozpadu komórek. Paweł przyniósł „Okno” i pokazał koledze zdjęcie zwłok dziewczyny. Bez słowa spojrzeli na leżącą przed nimi Monikę.
Godzina 12 : 50
Monika nie żyje. Całe jej ciało pokryły wodniste bąble. Jak wykazały badania laboratoryjne każda komórka Moniki rozpadła się. Paweł stał bezsilny nad mikroskopem. W szpitalnej łazience spojrzał w lustro. Na szyi pojawił się mały pęcherzyk.
Godzina 13 : 30
Ciało Moniki rozpłynęło się. Dosłownie. W szpitalnych murach zabrakło łóżek. Inne szpitale donosiły, że u nich jest podobnie.
Godzina 17 : 02
Ulice Miasta są całkiem wyludnione. Każdy mieszkaniec, któremu nie udało się zdobyć miejsca w szpitalu cierpiał w samotności.
Godzina 23 : 38
Miasto zalała woda. Nie wiadomo skąd rozległ się krzyk. Taki z rodzaju „zobaczyłam trupa, ale on się rusza”. Nikt już go nie usłyszał. Szklana kopuła wisząca nad Miastem zapadła się z potężnym hukiem.
Godzina 00 : 00
Za oknem padał deszcz. Starzy mówili, że to pierwszy deszcz w ich życiu. Podobno w starożytnych czasach było to coś normalnego. Wszyscy mieszkańcy wioski wylegli przed swoje domostwa, żeby zobaczyć płaczące niebo na własne oczy. Dzieci jak szalone biegały wkoło, głośno krzycząc i śmiejąc się. Prawie każdy próbował złapać ustami choć jedną kroplę wody. Po chwili deszcz ustał. Ludzie postali jeszcze chwilę, lecz wkrótce zaczęli wracać do swych obowiązków.
Godzina 2 : 17
Obudził ją czyjś krzyk. To był krzyk z rodzaju „zobaczyłam trupa, ale on się rusza”. Aneta myślała, że to może ktoś sobie robi jakieś nocne jaja, ale wrzask nie ustawał, a wręcz przeciwnie wzmagał się. Zrezygnowana wstała. Próbując zlokalizować miejsce z którego dobiegały wrzaski, ubrała się nieco ... bardziej. Złapała leżący nieopodal aparat foto i ostrożnie opuściła hotelowy room.
Na korytarzu było spokojnie, jak dla Anety za bardzo. Przecież ten krzyk musiał jeszcze kogoś obudzić. Goście pewnie się bali. Właściwie wcale im się nie dziwiła. Ciekawość pierwszym stopniem do piekła. W pewnej chwili światło zgasło, a krzyk przeszedł w zduszone rzężenie i po chwili całkiem ustał. Na całe szczęście dotarła już pod drzwi zza których, jak jej się wydawało dochodził. Drzwi były uchylone. Cicho wsunęła się za nie. Pokój był pusty, jeśli nie liczyć stojących w nim sprzętów. Coraz bardziej zaciekawiona, postanowiła mimo wszystko poszukać źródła krzyku.
Godzina 8 : 45
Codziennie rano, przed wyjściem do pracy Paweł lubił zapoznać się z prasą. Tym razem „Okno” na pierwszej stronie umieściło zdjęcie zalanego deszczem Miasta. Uczeni zastanawiali się co spowodowało opady. Przecież nad Miastem rozciągnięta jest kopuła, która jak do tej pory broniła dostępu wody. Paweł należał do tego rodzaju ludzi, których nic nie jest w stanie zdziwić, więc teraz tylko wzruszywszy ramionami spojrzał na sąsiednią stronę.„(...) ciała do tej pory nie udało się zidentyfikować. W ręku ofiary znaleziono aparat fotograficzny, w którym znaleziono film. Może po wywołaniu okaże się, że morderca ma jakieś zdjęcie.” Starannie złożywszy gazetę Paweł udał się do szpitala.
Godzina 10 : 12
Na ulice Miasta licznie wylegli ludzie. Na ustach każdego pojawiły się bąble. Kolejki do szpitali i przychodni były nieskończenie długie. Właściwie bąble nie dokuczały nikomu. Swoją obecnością psuły tylko estetyczny wygląd mieszkańców. Nikt nie narzekał na powolność służby zdrowia.
Godzina 11 : 15
Monika była wyjątkiem. Lekarze od razu umieścili ją w izolatce. Pobrano próbki z każdego bąbla, jaki znaleziono na jej ciele. Właściwie należałoby powiedzieć, że pielęgniarki musiały szukać wolnego od narośli skrawka skóry.
Godzina 12 : 10
Paweł zaczynał właśnie swój obchód. Od razu zainteresował się tym niezwykłym przypadkiem. Monika zapierała się, że niczym się nie poparzyła, że nie jest na nic uczulona. Jej ciało wyglądało tak, jakby powoli zaczęło się rozpuszczać. Żadne lekarstwa nie były w stanie zatrzymać rozpadu komórek. Paweł przyniósł „Okno” i pokazał koledze zdjęcie zwłok dziewczyny. Bez słowa spojrzeli na leżącą przed nimi Monikę.
Godzina 12 : 50
Monika nie żyje. Całe jej ciało pokryły wodniste bąble. Jak wykazały badania laboratoryjne każda komórka Moniki rozpadła się. Paweł stał bezsilny nad mikroskopem. W szpitalnej łazience spojrzał w lustro. Na szyi pojawił się mały pęcherzyk.
Godzina 13 : 30
Ciało Moniki rozpłynęło się. Dosłownie. W szpitalnych murach zabrakło łóżek. Inne szpitale donosiły, że u nich jest podobnie.
Godzina 17 : 02
Ulice Miasta są całkiem wyludnione. Każdy mieszkaniec, któremu nie udało się zdobyć miejsca w szpitalu cierpiał w samotności.
Godzina 23 : 38
Miasto zalała woda. Nie wiadomo skąd rozległ się krzyk. Taki z rodzaju „zobaczyłam trupa, ale on się rusza”. Nikt już go nie usłyszał. Szklana kopuła wisząca nad Miastem zapadła się z potężnym hukiem.
Godzina 00 : 00
Pamiętnik
Ostatnio modne stały się pamiętniki. Noszę w torbie zeszyt w którym utrwalam swoje smutki i radości. Czasami nawet jakiś wiersz mi się przydarzy.
Moje życie jest nudne. Nie należę do tych bardzo błyskotliwych ludzi. Nie narzekam. Pogodziłam się z faktem, że jestem nudna. Stronię od ludzi. Jestem nieśmiała. Chorobliwie. Moja twarz jest wiecznie smutna. Oczy szare jak zachmurzone niebo.
Kiedyś czekałam na przystanku na autobus. Lubię obserwować ludzi. Są śmieszni. Nigdy nie mają na nic czasu, zawsze dokądś biegną. Tego dnia świeciło słońce. Lubię słońce. Wszystko wtedy tak pachnie. Podjechał mój autobus. Wsiadłam – przecież na niego czekałam.
Od tamtego dnia jestem kaleką. Moje nogi zastępuje napędzany ręcznie wózek inwalidzki. Ktoś zostawił bombę pod moim siedzeniem. Właściwe to niczego nie pamiętam. W szpitalu wciąż nie wierzyli, że żyję. Podobno to zaprzecza logice. Jestem jedyna. Nikogo więcej nie znaleźli. Wyparowali.
Nie cieszę się z tego, że jestem. To chyba dziwne, chociaż jak dla kogo. Przez rok byłam królikiem doświadczalnym. Robili mi różne dziwne rzeczy, wszystko po to, żeby wiedzieć jakim cudem przeżyłam. Później im się znudziłam i odstawili mnie jak niepotrzebny sprzęt.
Zostawili mnie samą sobie, ale ja i tak wiem, że czekają aż coś zrobię. Niech czekają. Mam teraz swój świat. Dostępu do niego broni hasło. Żeby je złamać musieliby zadać sobie trud i poznać mnie. Zaprzyjaźnić się, poznać moje marzenia, nadzieje.
Dali mi psa. Nazwałam go Troll. Teraz śpi. Chciałam być w mojej nowej rzeczywistości. To było straszne. Podałam kod dostępu, otoczyła mnie zimna, wręcz namacalna ciemność i miałam się znaleźć tak, jak zawsze w ... Podejrzewam, że wkradł się jakiś wirus. Wszystko było jakieś inne. Nierzeczywiste. Czułam się jak Casper – dobry duszek. Przenikałam przez wszystko. Byłam i nie byłam. Przerażona pobiegłam sprawdzić inkubator. Stał jak zwykle. Szary budynek, taki mały, niepozorny. Mój skarb. W chwilę później pojawił się obok mnie Troll. Nie mam pojęcia jak się tu dostał. Muszę natychmiast stąd wyjść. Wrócić.
Myślę, że Troll jest ich szpiegiem. Wiedzieli, że nie zaufam żadnemu człowiekowi. Próżny ich trud. Już niedługo. Muszę tylko wprowadzić dodatkowe zabezpieczenia. Nie znajdą mnie, nigdy. Chwilami mam wrażenie, że Troll wszystko o mnie wie. Tak się dziwnie patrzy. Lubię go. Chyba będę za nim tęsknić.
Rano przyszli po ciało Trolla. Nie robili mi żadnych wymówek. Musiałam to zrobić – to dla mnie być albo nie być. Mam jakieś przeczucie. Wiem, że za chwilę coś się stanie. Na wszelki wypadek sprawdzę.
W moim świecie zawsze świeci słońce. Mówiłam już, że je lubię. Dzięki niemu żyję. Drzwi do inkubatora były zachęcająco otwarte. Patrzę na swoje dzieło. Ma taką aksamitną skórę. Delikatne błoniaste skrzydła ciasno otaczały jej ciało. Jestem z siebie dumna. Mogę jej dotknąć ale nie chcę niszczyć tej atmosfery oczekiwania. Od-rodzę się. Będę na nowo. Ja i nie ja. Trochę się tego boję.
Znowu zabrali mnie do szpitala. Powiedzieli, że jestem chora. Ja wiem, że to jest ich zemsta za Trolla. Chcą mnie złamać. Nie uda im się to. Myślę, że już czas. Wystarczy podać hasło.
- Rozwinęła skrzydła. – mężczyzna przez chwilę obserwował kolorowego motyla, latającego w szklanej kolbie. – Na dziś dosyć. Jestem zmęczony. – wychodząc zgasił palącą się nad kolbą żarówkę.
Ostatnio modne stały się pamiętniki. Noszę w torbie zeszyt w którym utrwalam swoje smutki i radości. Czasami nawet jakiś wiersz mi się przydarzy.
Moje życie jest nudne. Nie należę do tych bardzo błyskotliwych ludzi. Nie narzekam. Pogodziłam się z faktem, że jestem nudna. Stronię od ludzi. Jestem nieśmiała. Chorobliwie. Moja twarz jest wiecznie smutna. Oczy szare jak zachmurzone niebo.
Kiedyś czekałam na przystanku na autobus. Lubię obserwować ludzi. Są śmieszni. Nigdy nie mają na nic czasu, zawsze dokądś biegną. Tego dnia świeciło słońce. Lubię słońce. Wszystko wtedy tak pachnie. Podjechał mój autobus. Wsiadłam – przecież na niego czekałam.
Od tamtego dnia jestem kaleką. Moje nogi zastępuje napędzany ręcznie wózek inwalidzki. Ktoś zostawił bombę pod moim siedzeniem. Właściwe to niczego nie pamiętam. W szpitalu wciąż nie wierzyli, że żyję. Podobno to zaprzecza logice. Jestem jedyna. Nikogo więcej nie znaleźli. Wyparowali.
Nie cieszę się z tego, że jestem. To chyba dziwne, chociaż jak dla kogo. Przez rok byłam królikiem doświadczalnym. Robili mi różne dziwne rzeczy, wszystko po to, żeby wiedzieć jakim cudem przeżyłam. Później im się znudziłam i odstawili mnie jak niepotrzebny sprzęt.
Zostawili mnie samą sobie, ale ja i tak wiem, że czekają aż coś zrobię. Niech czekają. Mam teraz swój świat. Dostępu do niego broni hasło. Żeby je złamać musieliby zadać sobie trud i poznać mnie. Zaprzyjaźnić się, poznać moje marzenia, nadzieje.
Dali mi psa. Nazwałam go Troll. Teraz śpi. Chciałam być w mojej nowej rzeczywistości. To było straszne. Podałam kod dostępu, otoczyła mnie zimna, wręcz namacalna ciemność i miałam się znaleźć tak, jak zawsze w ... Podejrzewam, że wkradł się jakiś wirus. Wszystko było jakieś inne. Nierzeczywiste. Czułam się jak Casper – dobry duszek. Przenikałam przez wszystko. Byłam i nie byłam. Przerażona pobiegłam sprawdzić inkubator. Stał jak zwykle. Szary budynek, taki mały, niepozorny. Mój skarb. W chwilę później pojawił się obok mnie Troll. Nie mam pojęcia jak się tu dostał. Muszę natychmiast stąd wyjść. Wrócić.
Myślę, że Troll jest ich szpiegiem. Wiedzieli, że nie zaufam żadnemu człowiekowi. Próżny ich trud. Już niedługo. Muszę tylko wprowadzić dodatkowe zabezpieczenia. Nie znajdą mnie, nigdy. Chwilami mam wrażenie, że Troll wszystko o mnie wie. Tak się dziwnie patrzy. Lubię go. Chyba będę za nim tęsknić.
Rano przyszli po ciało Trolla. Nie robili mi żadnych wymówek. Musiałam to zrobić – to dla mnie być albo nie być. Mam jakieś przeczucie. Wiem, że za chwilę coś się stanie. Na wszelki wypadek sprawdzę.
W moim świecie zawsze świeci słońce. Mówiłam już, że je lubię. Dzięki niemu żyję. Drzwi do inkubatora były zachęcająco otwarte. Patrzę na swoje dzieło. Ma taką aksamitną skórę. Delikatne błoniaste skrzydła ciasno otaczały jej ciało. Jestem z siebie dumna. Mogę jej dotknąć ale nie chcę niszczyć tej atmosfery oczekiwania. Od-rodzę się. Będę na nowo. Ja i nie ja. Trochę się tego boję.
Znowu zabrali mnie do szpitala. Powiedzieli, że jestem chora. Ja wiem, że to jest ich zemsta za Trolla. Chcą mnie złamać. Nie uda im się to. Myślę, że już czas. Wystarczy podać hasło.
- Rozwinęła skrzydła. – mężczyzna przez chwilę obserwował kolorowego motyla, latającego w szklanej kolbie. – Na dziś dosyć. Jestem zmęczony. – wychodząc zgasił palącą się nad kolbą żarówkę.
To było moje pierwsze opowiadanie :) popełnione daaawno temu, bo mniej więcej w 98/99r. Powrzucam tutaj te moje wypocinki. Mile widziane komentarze :) Kiedyś wysłałam kilka do F. W. Kresa - wtedy jeszcze do kącika złamanych piór w nieistniejącym niestety Feniksie- diagnoza była całkiem miła, m.in. że jestem miła jak czarna gangrena :) No to poczytajcie:
„Obsługa interesantów od 800 do 1300” – głosił napis na drzwiach. Wszedłem do środka. Za biurkiem siedziała młoda, uśmiechnięta urzędniczka.
- Słucham pana ? – niedbałym ruchem ręki odgarnęła opadające na twarz włosy.
- Chciałem się zarejestrować. – usłyszałem swój zachrypnięty od strachu głos.
- Zawód wyuczony ?
- Bez zawodu ... – poczułem jak pocą mi się dłonie.
- Zawód wykonywany ? – podniosła głowę. Uśmiech znikł z jej twarzy.
- Jako kto pan pracował ? Poproszę pana świadectwa pracy.
Trzęsącymi się dłońmi wyciągnąłem wszystkie dokumenty jakie posiadałem i rozsypałem je przed nią na biurku.
- Tak ... widzę, że jednak ma pan zawód. – zawiesiła głos – mam dla pana pracę. Uśmiechnęła się tryumfująco.
Wyszedłem z urzędu. Wybiegłem. Uciekłem. Byle dalej.
Urodziłem się 25 lat temu. Gdy miałem 10 lat moi rodzice sprzedali mnie. Wybaczyłem im to. Miałem siedmioro rodzeństwa, które trzeba było wykarmić, a ja byłem najmłodszy. Wcale im się nie dziwię.
Ludzie, którym mnie sprzedali skupywali dzieci, które potem przysposabiali do nowej roli w życiu.
Przez dziesięć lat uczyłem się jak chodzić, mówić. Za każdy niepożądany gest czekała mnie kara. W szkole było nas pięćdziesięcioro. Dziewcząt i chłopców. Nie wszyscy dotrwali do końca. Wiele od nas oczekiwano nie dając nam niczego w zamian. Zdarzały się też osoby o słabej psychice. Czasem pobyt w szkole przypominał tresurę. Tak mi się wydaje, bo widziałem kiedyś film o zwierzętach w cyrku.
Po 10 latach nauki czekał nas egzamin. Dopiero wtedy dowiedziałem się czego się nauczyłem. Skierowano mnie do jednej z sal. Nagle poczułem to: najpierw delikatne muśnięcie. Powoli, od karku począwszy wyczułem zimne jak lód palce. Stopniowo cały znieruchomiałem – byłem jakby zamrożony. I wtedy krótkie ukłucie. Co było później ? Nie pamiętam.
Na drugi dzień dostałem świadectwo szkolne z wpisanym zawodem. Gdy opuszczałem szkołę dostałem adres, pod który miałem się zgłosić. Posłusznie udałem się tam, chyba zawsze będę tego żałował.
To był blok. Taki, jakich pełno w każdym mieście. Zapukałem pod wskazany numer. Oczom moim ukazała się starsza pani. Zza jej pleców wyglądała pozostała część rodziny: młode małżeństwo i ich troje dzieci. Powiedziałem kto mnie przysłał, pokazałem posiadane dokumenty, wśród nich szkolne świadectwo.
Po wstępnej rozmowie, która przebiegła pomyślnie, pokazano mi, gdzie będę mieszkał. Ładny, słoneczny pokój. To jest coś. Mam swój pokój. Pracę. Zdziwiły mnie tylko kraty w oknach i potężna zasuwa w drzwiach. Po godzinie zawołano mnie do kuchni. Obiad był podany. Wszystkie spojrzenia domowników były zwrócone na mnie. Poczułem się wybrany. Czekali na mnie z posiłkiem. Ale kiedy zjedliśmy, oni wciąż na coś czekali. Zauważyłem to po ich ukradkowych spojrzeniach i nerwowych ruchach. W końcu nie wytrzymałem tej niezręcznej sytuacji i spytałem się czego ode mnie chcą.
Odpowiedź przyszła znienacka. Znowu poczułem ten obezwładniający chłód i ukłucie ...
Byłem SPRZEDAWCĄ. Sprzedawałem swoją krew. Przez pięć lat. Wczoraj, gdy wszyscy spali udało mi się uciec.
Rano miejska policja znalazła ciało młodego mężczyzny. Siedział oparty o drzewo w parku.
- Straciliśmy kolejnego sprzedawcę, to już chyba piąty w tym tygodniu.
„Obsługa interesantów od 800 do 1300” – głosił napis na drzwiach. Wszedłem do środka. Za biurkiem siedziała młoda, uśmiechnięta urzędniczka.
- Słucham pana ? – niedbałym ruchem ręki odgarnęła opadające na twarz włosy.
- Chciałem się zarejestrować. – usłyszałem swój zachrypnięty od strachu głos.
- Zawód wyuczony ?
- Bez zawodu ... – poczułem jak pocą mi się dłonie.
- Zawód wykonywany ? – podniosła głowę. Uśmiech znikł z jej twarzy.
- Jako kto pan pracował ? Poproszę pana świadectwa pracy.
Trzęsącymi się dłońmi wyciągnąłem wszystkie dokumenty jakie posiadałem i rozsypałem je przed nią na biurku.
- Tak ... widzę, że jednak ma pan zawód. – zawiesiła głos – mam dla pana pracę. Uśmiechnęła się tryumfująco.
Wyszedłem z urzędu. Wybiegłem. Uciekłem. Byle dalej.
Urodziłem się 25 lat temu. Gdy miałem 10 lat moi rodzice sprzedali mnie. Wybaczyłem im to. Miałem siedmioro rodzeństwa, które trzeba było wykarmić, a ja byłem najmłodszy. Wcale im się nie dziwię.
Ludzie, którym mnie sprzedali skupywali dzieci, które potem przysposabiali do nowej roli w życiu.
Przez dziesięć lat uczyłem się jak chodzić, mówić. Za każdy niepożądany gest czekała mnie kara. W szkole było nas pięćdziesięcioro. Dziewcząt i chłopców. Nie wszyscy dotrwali do końca. Wiele od nas oczekiwano nie dając nam niczego w zamian. Zdarzały się też osoby o słabej psychice. Czasem pobyt w szkole przypominał tresurę. Tak mi się wydaje, bo widziałem kiedyś film o zwierzętach w cyrku.
Po 10 latach nauki czekał nas egzamin. Dopiero wtedy dowiedziałem się czego się nauczyłem. Skierowano mnie do jednej z sal. Nagle poczułem to: najpierw delikatne muśnięcie. Powoli, od karku począwszy wyczułem zimne jak lód palce. Stopniowo cały znieruchomiałem – byłem jakby zamrożony. I wtedy krótkie ukłucie. Co było później ? Nie pamiętam.
Na drugi dzień dostałem świadectwo szkolne z wpisanym zawodem. Gdy opuszczałem szkołę dostałem adres, pod który miałem się zgłosić. Posłusznie udałem się tam, chyba zawsze będę tego żałował.
To był blok. Taki, jakich pełno w każdym mieście. Zapukałem pod wskazany numer. Oczom moim ukazała się starsza pani. Zza jej pleców wyglądała pozostała część rodziny: młode małżeństwo i ich troje dzieci. Powiedziałem kto mnie przysłał, pokazałem posiadane dokumenty, wśród nich szkolne świadectwo.
Po wstępnej rozmowie, która przebiegła pomyślnie, pokazano mi, gdzie będę mieszkał. Ładny, słoneczny pokój. To jest coś. Mam swój pokój. Pracę. Zdziwiły mnie tylko kraty w oknach i potężna zasuwa w drzwiach. Po godzinie zawołano mnie do kuchni. Obiad był podany. Wszystkie spojrzenia domowników były zwrócone na mnie. Poczułem się wybrany. Czekali na mnie z posiłkiem. Ale kiedy zjedliśmy, oni wciąż na coś czekali. Zauważyłem to po ich ukradkowych spojrzeniach i nerwowych ruchach. W końcu nie wytrzymałem tej niezręcznej sytuacji i spytałem się czego ode mnie chcą.
Odpowiedź przyszła znienacka. Znowu poczułem ten obezwładniający chłód i ukłucie ...
Byłem SPRZEDAWCĄ. Sprzedawałem swoją krew. Przez pięć lat. Wczoraj, gdy wszyscy spali udało mi się uciec.
Rano miejska policja znalazła ciało młodego mężczyzny. Siedział oparty o drzewo w parku.
- Straciliśmy kolejnego sprzedawcę, to już chyba piąty w tym tygodniu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)