Jestem w szoku. Nie sądziłam, nie spodziewałam się, że moimi cukierkami ktokolwiek się zainteresuje. Chętnych było 65 osób. Losowanie już za nami :) w składzie komisji byłam ja i Misialdo, który jednocześnie był maszyną losującą. Nie był tym zachwycony, bo przerwałam mu rozpracowywanie falownicy do papieru - patrząc na jego działania dowiedziałam się przy okazji tego i owego o tymże urządzeniu ;) Wiem, wiem, nie to Was interesuje. No więc:









Tak jak widać na zamieszczonym powyżej zdjęciu, zwyciężczynią mojego pierwszego candy została AniaZosia - będę więc wdzięczna za podesłanie mailem adresu :) Gratuluję.
I przede wszystkim chciałam bardzo, ale to bardzo podziękować za odwiedziny, za wpisy, za udział :) Kolejne candy licznikowe pewnie przy okazji 5000 odsłony, ale myslę, że jakieś takie bez okazji tez się pojawi :)

Ostatnio trochę zaniedbuję robótki ręczne, które porzuciłam na rzecz remonty/ odświeżania mieszkania. Mieliśmy to zrobić przez urlopem, ale pogoda była taka piękna, że grzechem byłoby szaleć z pędzlem w domu (jakby teraz była gorsza). Tak więc spełniam się jako malarz pokojowy :) a w między czasie pisze. Mam na warsztacie coś dużego, może w końcu po tylu latach przerwy uda mi się doprowadzić ten projekt do końca. Bezustannie się motywuję orzeszkami w czekoladzie i zimnym piwem. Chłopaki są przeszczęśliwi, gdy zamiast udzielać się we wspólnych zabawach siadam do klawiszy ze słuchawkami na uszach i wyjąc stereofonicznie wstukuję (mam wątpliwość czy tak napisane jest poprawnie, bo mi edytor podkręśla błąd, ale sama nie wiem...) kolejne zdania :)
No, to się chociaż jakoś tam wytłumaczyłam ;)

Ponad miesiąc temu obiecałam pewną fotograficzną niespodziankę - niestety pomimo obietnic nie dostałam zdjęć... Otóż mój sklep na jeden dzień zamienił się w przedwojenny sklep żydowski :) Kręcone zostały w nim sceny z dnia 31 sierpnia 1939r. A dokładniej do filmu dokumentalnego, który zostanie wyemitowany w TV Polonia. Zupełnie przez przypadek spełniło się jedno z moich marzeń i mogłam znaleźć się na planie filmowym. Była i charakteryzacja, reżyser, dźwiękowcy, panowie od oświetlenia, scenografowie, aktorzy (nie jakieś wielkie nazwiska) i magiczne słowa AKCJA! To było niesamowite. Miałam obiecane zdjęcia z planu, ale jak do tej pory ich nie dostałam. Jeśli więc ktoś z Was lubi filmy dokumentalne, to zapraszam :)



Atak Hitlera na Polskę. Jak rozpoczęła się II wojna - emisja 1 września, godz. 21:45 w TV Polonia

Normalnie hurtem się posypało :) Małe co nieco znajdziecie u:

Brises,

Fejferek,

Kobens,

Enid

i coś dla moli książkowych na blogu zacisznie wyśnionym

Rodzina naszych przyjaciół powiększyła się, więc zrobiłam dla małej Amelki karteczkę. To jest również pierwsza pourlopowa praca. Teraz zbieram natchnienie i czas na kolejne albumy/ kroniki z wakacyjnych podróży - mnóstwo pamiątek mam już zgromadzonych, szukam tylko interesujących papierów.


Z okazji 2000 odsłony bloga i tak trochę na zakończenie wakacji. Straszną mam tremę, bo nie wiem, czy ktokolwiek weźmie udział... W każdym bądź razie zapraszam. Zasady jak zawsze - w komentarzu proszę o pozostawienie linka do strony, na której umieścicie odnośnik/ wzmiankę do mnie. Losowanie 31 sierpnia.


Niestety, dwa tygodnie przeleciały nam jak woda przez palce. Tak jak sobie obiecywaliśmy było trochę ruchu, trochę intensywnego zwiedzania i trochę zwykłego wylegiwania się na trawie :)
Szkoda, że kolejne za rok... ale ja już planuję trasy :) (oglądać od dołu ;)

A na pożegnanie jeden z zachodów słońca nad jeziorem Drawskim :)



W Czaplinku większość czasu upływała nam na ogniskach, grillach, łapaniu ryb i graniu na gitarach. Totalne nic nierobienie :)



Rozpadający się młyn nad rzeką Drawą.



Góry Stołowe pożegnaliśmy głodni zwiedzania i widoków, bo niestety mieliśmy mało czasu. Wiezieni przez naszego kangurka do domu planowaliśmy kolejny wypad - tym razem na wielkie byczenie się w Czaplinku. Miałam tylko parę godzin na przepakowanie walizek, ale udało mi się niczego nie zapomnieć :) A na miejscu, po odespaniu podróży odkryliśmy m.in. gród słowiański, w którym dzieciaki mogły stać się prawdziwymi wojami, a bardzo miła dziewczyna przybliżała chętnym obyczaje panujące u naszych przedpiastowskich przodków. A ja znalazłam pod warsztatem tkackim owcze runo :)



Ostatnim punktem w Kudowie było Muzeum Zabawek. W prywatnej kamienicy, na przestrzeni kilkudziesięciu metrów kwadratowych zgromadzono niesamowite eksponaty. Niektóre zabawki pamiętam z własnych zabaw, ale większość z nich podziwiałam z mocno padniętą szczęką. Piękne, ręcznie wykonane, misternie rzeźbione mebelki, porcelanowe buźki... Polecam to miejsce, bo zbiór nie dość, że ogromny to na dodatek unikalny.





Kuźnia w SGZ - niestety nie było kowala, ale załapaliśmy się na pokaz garncarstwa. Poza tym, na terenie muzeum są bażanty, owce, kozy, i młode dziki. Mozna spróbować własnoręcznie wypieczonego chleba z domowym smalcem, zobaczyć stare krosna tkackie oraz młyn.



Szlak Ginących Zawodów w Kudowie to miłe miejsce, gdzie zgromadzono wiele starych eksponatów, m.in taki oto domek dla lalek.



W oczekiwaniu na zwiedzanie Kaplicy Czaszek w Kudowie. Przyznam się, że do tej pory mam mieszane uczucia po wizycie w tym miejscu. O ile samą kaplicę (ideę i przesłanie) mogę zrozumieć o tyle nie rozumiem pokazywania zgromadzonych pod kaplicą szczątek. Ten element można sobie darować.Nie podobały mi się również ułożone na ołtarzu kości czaszek i udowe - wiem, to trochę jak w muzeum, ale zwyczajnie, w połączeniu z beznamiętnym głosem zakonnicy pełniącej rolę kustosza było to po prostu niesmaczne.



Posążek zdobiący werandę jednego z domów w Wambierzycach. Taki beztroski, że zdawałoby się można zobaczyć jak macha gipsowymi nóżkami :)



Bazylika w Wambierzycach (oczywiście pod światło, ale efekt zamierzony) W samych Wambierzycach poza Bazyliką znajduje się również Droga Krzyżowa, choć o ile się nie mylę stacji jest ponad 150 - obejmują całe życie Jezusa. Każda stacja niesie za sobą poza przesłaniem piękne prace malarzy, rzeźbiarzy. Nie obejrzeliśmy wszystkich, ponieważ rozsypane sa po całej miejscowości a Misiak był już zmęczony, więc odpuściliśmy....



Tym razem bazą wypadową był Radków- urocze, ciche miasteczko. Hotel, w którym się zatrzymaliśmy mieścił się w starej kamienicy zaadaptowanej na potrzeby hotelu. Wnętrze było bardzo gustownie zaaranżowane.



Również niedaleko Kudowy znajduję się Szczeliniec Mały i Duży. Niestety obejrzeliśmy go z dołu, bo do wspinaczki zniechęciły nas tłumy na jego szczycie. Do Szczelińca i Błędnych Skał jedzie się baardzo krętą szosą - stu zakrętów. K. musiał się nieźle nakręcić kółkiem.



Na zwiedzanie Karkonoszy mieliśmy dwa dni. Udało nam się zobaczyć zaledwie promil tego, co warto, co chcielibyśmy. Niestety jak dla mnie przerażająca była liczba turystów, chwilami czekaliśmy w kolejce, żeby dopchać się do jakiejś atrakcji. Noclegi mieliśmy w Przesiece, skąd blisko było wszędzie, a i sama miejscowość ma kilka atrakcji,np.:Chybotka, Kamień Waloński w którym odcisk zostawił Obcy ( temat E.v.Denickena), wodospad. Malowniczo położona Przesieka, w której główna ulica wspina się po zboczu góry wyżej i wyżej :) A stamtąd pojechaliśmy przez Czechy w Góry Stołowe. Pierwszym etapem były Błędne Skały w okolicy Kudowy Zdrój - niesamowicie wydrążony przez naturę labirynt skalny.



Kościół Wang w Karpaczu. Nie przepadam za zwiedzaniem kościołów, kaplic i innych uświęconych miejsc - z założenia są piękne i czasem aż oczy bolą od przepychu. Ten kościółek jednak jest nietypowy, bo poza tym, że bardzo stary, pierwotnie został zbudowany w Norwegii aby uchronić go przed ruiną przeniesiony do Karpacza. Jego inność jest tym większa, że na drewnie pełno jest rzeźb Wikingów, bo podobno drewno wykorzystane do jego budowy pochodzi z łodzi Wikingów. Tak więc połączenie wspaniałej sztuki ludów północy i brutalności pogan dało dzieło niesamowite.


Ale warto wdrapać się na tę górę, bo zamek, mimo iż w ruinie robi wrażenie. Jest tam również schronisko, ale na samą myśl o wdrapywaniu się wraz z plecakami poddaję się :) Poza tym, na zamku straszy duch księżniczki, a wakacje z duchami to niekoniecznie to, co chciałabym robić ;)



Na pewno znacie legendę o wrednej księżniczce Kunegundzie i dzielnym rycerzu, który aby pojąć ją za żonę przebył trudną drogę wokół góry. My idąc na własnych nogach chwilami mieliśmy dość, nie dziwię się więc, że rycerz dotarłszy na dzieciniec zamku Chojnik wzgardził okrutną Kunegundą. Idąc na górę polecam szlak czerwony - jest łatwy, natomiast zejście szlakiem czarnym chilami przypominało drogę przez mękę.


Okolice wodospadu Kamieńczyka w Szklarskiej Porębie i sam wodospad.





Zaczęliśmy od spływu kajakowego rzeką Krutynią na Mazurach. W sumie pokonaliśmy jakieś 26km - Misiak się trochę wynudził w kajaku, ale nawet jemu udzielił się wakacyjny nastrój.