Jakoś tak w tym roku mam pecha i zamiast w pełni sił szaleć w domu i przygotowywać się do Świąt leżałam półżywa od choróbska, które się do mnie przyplątało. Na szczęście w świąteczną niedzielę i poniedziałek jakoś się pozbierałam. Nawet na wycieczkę się wybraliśmy tym samym otwierając sezon na Polski poznawanie.
Tym razem padło na Białowieżę. Misialdo poprosił magiczne dęby o urodzinowe prezenty, my też coś tam im poszeptaliśmy. Potem zrobiliśmy sobie piknik na zeszłorocznej trawie złożony głównie ze świątecznych frykasów, które przytargałam ze sobą w plecaku. Ukoronowaniem wycieczki było zwiedzanie białowieskiego zwierzyńca. I tam spotkała mnie niemała niespodzianka :)
Wylegujący się na słońcu zaskroniec, którego trochę zaskoczyliśmy.
Kochane magiczne drzewo, chciałbym prosić....
Oczywiście żubry...
Żubroń, którego równie dobrze można nazwać turoniem
Łoś
Przeżarte dziki, które słodko chrapały
 Sarenka
 Ryś, którego nie udało się sfotografować inaczej niż zza siatki ochronnej
 Oraz... moje ukochane WILKI :)
Te piękne zdjęcia zawdzięczam K., któremu udało się znaleźć lukę w ogrodzeniu i całkiem ładnie wykadrował te piękne zwierzęta. Szkoda tylko, że muszą być w niewoli...
Parę fotek zatem:

0 komentarze:

Prześlij komentarz